dasiu.pl - Skip to content

Aero2 – bezpłatny internet dla wszystkich

Aero2Nie wszyscy jeszcze wiedzą, że w Polsce każdy może uzyskać bezpłatny dostęp do internetu (stąd skrót – BDI). Spółka, która to oferuje, nazywa się Aero2 – wszelkie informacje można uzyskać na stronie aero2.pl. Nie działa ona oczywiście charytatywnie, ale w zamian za zapewnienie takiego dostępu do sieci dla wszystkich – ma określone korzyści od naszego państwa – więc tak naprawdę to jest „państwowy” internet, dostarczany przez prywatną firmę. Usługa działa jak normalny internet mobilny dostarczany przy pomocy sieci komórkowej – musimy mieć kartę SIM od operatora (czyli właśnie Aero2) i odpowiednie urządzenie – komórkę, tablet, odpowiedni ruter, lub zwykły modem na USB.

Aby otrzymać kartę SIM, wystarczy wypełnić i wysłać dokumenty dostępne na stronie, wpłacić kaucję (20 zł) i 7 zł za przesyłkę – i czekać (około 1 miesiąc) na dostawę. Usługa ta będzie aktywna do 21 grudnia 2016 r.

Moje dwuletnie testy

Już od ponad 2 lat posiadam kartę Aero2 – i mogę potwierdzić tyle, że działa. Testowałem w kilku urządzeniach – połączenie udawało się uzyskać. Przez cały ten czas, choć bywały okresy lepsze i gorsze, połączenie było niestabilne – często się „zrywało”, często trzeba było oczekiwać na ponowne podłączenie, czasem przez wiele minut po włączeniu modemu (wyłączeniu trybu „offline” w tablecie) połączenie się nie pojawiało… Było to niezbyt komfortowe, rzecz jasna :). Aero2 z założenia oferuje prędkość maksymalną 512 kbps – czyli mało, ale da się żyć. Miesięczny transfer nie jest w żaden sposób limitowany. Do tego jedna „sesja” (jedno połączenie) trwa 60 minut – po tym czasie trzeba się rozłączyć i połączyć od początku (modemy same to robią). Te warunki są ok :). Jednak kiedy ciężko mi było osiągnąć nawet taką prędkość (czasem się udawało, a czasem nie) i zerwania połączenia pojawiały się co kilka minut (internetu nie było przez mniej-więcej tyle samo czasu, co był) – stwierdziłem, że mam jednak dość męczenia się. Do tego wprowadzany ostatnio mechanizm CAPTCHA (przepisz kod z obrazka, aby uzyskać dostęp do internetu)… Podsumowując – poddałem się. Korzystanie z internetu, który co chwilę się rozłącza, albo na który trzeba 10 minut czekać (kiedy akurat wyciągam tablet, bo potrzebuję coś sprawdzić), to nie jest to, co jest mi potrzebne. Coraz częściej włączałem w komórce „tethering”, czyli udostępnianie połączenia po WiFi – i korzystałem z internetu z komórki.

Starter z Play – wow, jakie to szybkie!

Wiedząc, że w ten weekend często będę potrzebował łączyć się z internetem z mojego tabletu, na próbę kupiłem starter (kartę SIM) w sieci Play za 9 złotych – co miało mi dawać dostęp do internetu przez 7 dni i 500 MB danych. Spróbowałem – i nagle WOOOW! Nie przypuszczałem, że połączenie z siecią może być takie szybkie, a internet mobilny – taki sprawny :). Po dwóch latach korzystania z Aero2 – nagle doznałem olśnienia! Za 25 złotych miesięcznie (tyle wychodzi przy doładowywaniu kwotami 50 zł lub większymi) mam internet rzeczywiście szybki i niezawodny, z którego po prostu mogę zawsze skorzystać. A w ofertach na abonament – da się też taniej. Aero2 może przyda mi się w ostateczności jako łącze zapasowe do domu (i tak samo się nie przełączy przez to nieszczęsne CAPTCHA). Ale do codziennego użytku wolę zapłacić i mieć internet, który nie będzie mi podnosił ciśnienia – który po prostu będzie, kiedy go potrzebuję.

Tak się dziś buduje socjalizm

Bezpłatny dostęp do internetu to usługa, za którą tak naprawdę płacimy wszyscy, choć nie wszyscy korzystamy. W dużym skrócie – Aero2 zobowiązało się do świadczenia tej usługi dla wszystkich przez okres 3 lat w zamian za wygranie przetargu na częstotliwości LTE. Widmo częstotliwości fal elektromagnetycznych jest naszym zasobem wspólnym, jak – powiedzmy – węgiel pod ziemią. Państwo zarabia wydając koncesje na używanie tych częstotliwości (stacjom radiowym i telewizyjnym, sieciom komórkowym itp.) przez UKE – Urząd Komunikacji Elektronicznej.

1. Według szacunków ze strony jdtech.pl – normalna cena za te częstotliwości wynosiłaby między 100 a 200 milionów złotych, podczas gdy Aero2 zapłaciło 20 milionów – plus ten bezpłatny internet. Tak więc nasz budżet stracił ze 100 milionów złotych (czyli – zależnie od interpretacji – albo my to dopłacimy te 100 milionów w podatkach przecież, albo – gdyby nie to – moglibyśmy płacić 100 milionów mniej… na jedno wychodzi).

2. Jakość usługi jest kiepska – i nie mamy zbytnio co z tym zrobić, bo przecież „działa”. Gdyby nie było problemów z uzyskaniem stabilnego połączenia, to te ograniczenia (512 kbps i 60 minut) nie przeszkadzałyby tak bardzo. Ale przez kłopoty z połączeniem – korzystanie z Aero2 jest ciężkie. Gdyby taki Play pozwolił sobie na takie problemy choćby czasami – wie, że klienci pójdą do innych operatorów (a jest ich kilku) – i tu konkurencja wymusza na nich dobrą jakość. Bezpłatny dostęp do internetu nie ma konkurencji, bo jest jedyny (państwowy, choć prywatnymi rękoma) – więc nie musi się tak starać. Tak samo było przed laty ze wszystkim, co państwowe – na telefon od Telekomunikacji Polskiej czekało się latami, nawet ja pamiętam jeszcze te czasy. Teraz to nie do pomyślenia. Ale wystarczy spojrzeć na służbę zdrowia czy oświatę, które jeszcze są państwowe – jak bardzo w tyle są za prywatnymi. To przecież ten sam mechanizm braku konkurencji, co w przypadku Aero2.

Aero2 nie jest darmowe - zrzucamy się na nie wszyscy. Nie ma darmowej nauki ani leczenia – za wszystko musimy płacić. Pytanie tylko – kto płaci :). Za Aero2 płacimy wszyscy razem. Tak buduje się dziś socjalizm. Jeżeli „państwo nam coś zapewni” – to znaczy, że pozbiera od nas pieniądze i za nie zorganizuje usługę, która nie będzie miała konkurencji – więc jej jakość łatwo przewidzieć.

W tym krótkim czasie oczekiwania na ostatnie Pamiętniki z Północy – krótko się podzielę dziesięcioma minutami czegoś wspaniałego. Wczoraj przypomniała mi je TV, puszczając fragment tej muzyki przy okazji wiadomości o Konklawe. Choć nie wiem, czy rzeczywiście tam to śpiewali teraz.

Nie ma co tu dużo mówić. Gregorio Allegri komponował na początku XVII wieku. Utwór powstał koło roku 1630. Możliwe, że wiele osób słyszało historię Mozarta, który jako dziecko jeszcze (mając 14 lat) potrafił ze słuchu zapisać w nutach cały usłyszany utwór – oraz że zrobił to z utworem, którego zapis był w Watykanie ściśle strzeżony, podobnie jak ograniczone było jego wykonywanie. Chodziło właśnie o Miserere!

Utwór, którego tekstem są słowa pokutnego psalmu 51 („Zmiłuj się nade mną Boże w łaskawości swojej, w ogromie swej litości zgładź moją nieprawość”), wykonywany był jedynie w Kaplicy Syksyńskiej i jedynie w ciągu Wielkiego Tygodnia. Jego inne wykonywanie lub wynoszenie jego zapisu było zabronione… Dlaczego? – warto posłuchać!

Przebywanie ze studentami z Erasmusa, poza oczywistym działaniem odmładzającym, niesie ze sobą jeszcze ten komfort, że jest się na bieżąco ze wszystkimi „niskobudżetowymi” sposobami spędzania wolnego czasu – co na wakacje w drogim państwie jest pomysłem bardzo dobrym :). Więc gdy bogacze urządzają sobie safari na skuterach śnieżnych, czy też zaprzęgi reniferów, wydając setki €uro za kilka godzin zabawy…

1. Zorza polarna

Jednym z niewątpliwych uroków miejsc położonych na wysokich szerokościach geograficznych jest możliwość zobaczenia zorzy polarnej. Wiele osób wpatruje się więc w nocne niebo w oczekiwaniu na to niecodzienne zjawisko. Pomagają w tym, oczywiście, nowoczesne narzędzia, jak dostępne w internecie prognozy prawdopodobieństwa powstania zorzy. Gdy więc wskaźnik znajdzie się względnie wysoko, zagraniczni studenci z Rovaniemi (lokalni widzieli to już wiele razy) przybywają na wzgórze Ounasvaara, gdzie z dala od świateł miejskich mogą wypatrywać cudu. W oczekiwaniu pomaga im zwykle ognisko.
Zorza czasem trwa tylko kilka minut, więc gdy byłem w drodze na gorę – widziałem kawałki zielonego nieba, jednak po dotarciu – niebo było już zwykłe, czarna płachta z białymi gwiazdami… Czekanie na górze nic nie dało… Zorza jednak pojawiła się sama znowu… kiedy byłem już w drodze powrotnej. Dla lepszego widoku trzeba więc polować dalej. I co ważne – ta rozrywka jest zupełnie darmowa! :)

2. Zjeżdżanie z górki

Finlandia może pochwalić się tysiącami jezior i dostępem do morza, jeziora są tutaj bardzo wyjątkowe. Ale coś kosztem czegoś, Finlandia to kraj o bardzo małym zróżnicowaniu wysokości terenu. W związku z tym rzadko zdarzają się tu górki, a o większych górach można zapomnieć. Finowie lubią więc wykorzystywać wszelkie górki w zimie do zjeżdżania na byle czym (sanki, tobogan, czy worek na śmieci). Co tu dużo mówić, choć zabawa dziecinna, to badzo fajna, darmowy aktywny wypoczynek na świeżym powietrzu przy tak pięknych okolicznościach przyrody.

3. Kąpiel w przeręblu

Niewątpliwą atrakcją przy arktycznej zimie jest kąpiel w przeręblu (ice swimming). Za jedyne 2 euro (a okazyjnie nawet za 1) można skorzystać z ciepłej szatni w budynku położonym przy samym jeziorze. A zimą fińskie jeziora są skute lodem tak mocno, że nawet samochody po nich jeżdżą. W takim jeziorze wycięty jest przerębel, do którego prowadzi drewniany pomost, a następnie schodki wgłąb, dzięki czemu do wejścia do środka nie jest potrzebna nawet umiejętność pływania. Pod powierzchnią lodu znajduje się pompka, pracująca zawsze, gdy w przeręblu nie znajduje się żadna osoba. Dzięki temu woda ciągle przepływa i nie zamarza. Samo wejście do takiej wody nie jest szczególnie trudne (wbrew powszechnej opinii, widocznej choćby w wielu niedowierzających komentarzach na FaceBooku). Przy temperaturze powietrza wynoszącej około -10 stopni wejście do wody o temperaturze 0 stopni (niewiele ponad) jest w moim odczuciu łatwiejsze, niż w lecie (30 stopni) wejście do wody, która ma tych stopni 15. W środku nie zabawiłem długo, gdyż moje dłonie zaczęły szybko „zamarzać” (taka ich wada fabryczna, nawet przy 10 stopniach sztywnieją i ciężko nimi pracować). Innych objawów nie zauważyłem. Po szybkim ogrzaniu się i ubraniu człowiek funkcjonuje jak nowonarodzony.

Jeszcze krótka dygresja na temat zimna. Finowie radzą sobie z mroźnym klimatem chyba przy pomocy dużych przeskoków temperatur. W budynkach (mieszkania, szkoły) grzeją bardzo mocno (zawsze ponad 20 stopni jest), często korzystają z bardzo gorącej sauny (w końcu to ich narodowy wynalazek, znany na całym świecie) przerywanej lodowatym prysznicem (a zdarza się, że i kąpielą w przeręblu właśnie) – i z tego, co widzę, na zdrowie wpływa to bardzo dobrze :). Nawet za kołem podbiegunowym w zimie da się funkcjonować.

Bardzo popularnym w Rovaniemi środkiem transportu są rowery. Aż trudno uwierzyć, patrząc na zapełnione nimi przestrzenie przed budynkami (sklepy, szkoły itp.), że tyle osób decyduje się na tę formę komunikacji, kiedy temperatura na zewnątrz wynosi choćby -15 stopni. Większośc z przyjeżdżających tu zagranicznych studentów korzysta z oferty sklepów z używanymi rzeczami (second-hand’ów), które sprzedają używane rowery, a po poł roku odkupują je za pół ceny. Skorzystałem z podobnej oferty na 2 tygodnie (dostaję rower za 90€, sprzedam za 70) i przemieszczanie się po mieście stało się zdecydowanie prostsze!

Finowie niesamowitą wagę przywiązują do transportu pieszo-rowerowego. Prawie zawsze trasa rowerowa i piesza to ta sama trasa. Nie spotyka się tu ścieżek osobnych. Zwykle widzę oznaczenia – ludzik plus rower w jednym niebieskim kółeczku, choć nawet gdyby gdzieś go nie było – nie ma przecież straży miejskiej, a policja ma raczej ważniejsze zadania niż ściganie przestępców jeżdżących rowerami po chodnikach. A wracając do tej dużej wagi – to już trzecie miasto (przed laty Tampere, Helsinki, teraz Rovaniemi), w którym widzę, że ścieżki są niesamowicie przemyślane. Są bytami niezależnymi od zwykłych ulic – czasem idą w ich sąsiedztwie, a czasem zupełnie inaczej. Zwykle – im bardziej ruchliwa ulica, tym bardziej ścieżka jest od tej ulicy oddzielona. Często również widać przejścia/przejazdy podziemne, a czasem i kładki, które pozwalają szybko przedostać się na drugą stronę ulicy nie zatrzymując ruchu samochodowego (przed zwykłym przejściem czasem samochód potrafi się zatrzymać ustępując mi pierwszeństwa jeszcze 5 sekund przed tym, zanim dojadę do tego przejścia). Co ważne – rowerzyści korzystają z nich w sposób płynny, bez schodów ani innych spowalniaczy, jedzie się „tak po prostu”. No i do tego – ścieżki (też te idące z dala od ulic) są bardzo przyjemne, oświetlone i odśnieżone (nie ma zasp). Aż czuć, że pieszy i rowerzysta nie są tylko uciążliwymi dodatkami do ruchu drogowego.

A poruszając temat śniegu, może się to wydać dziwne – jak jeździć przy takiej zimie? Jest to bajecznie proste. Może akurat ja mam takie szczęście, że przyjechałem na koło podbiegunowe w zimie, kiedy temperatura nie przyjmuje w ogóle wartości dodatnich. To sprawia, że śnieg nie topnieje i nie zamarza ponownie, nie robią się ślizgawki, nie ma brudnego błota pośniegowego, jest jedynie czysty, biały śnieg! Powtórzę (choć widać to też na zdjęciach) – śnieg jest biały, czysty i suchy! Nikt tu nie wpada na głupi pomysł sypania solą (i tak nie uda się utrzymać asfaltu czarnego za wszelką cenę), a piaskiem sypie się tylko czasami (głównie parkingi, podjazdy i ulice, ale nie ścieżki pieszo-rowerowe). Ścieżki wystarczy odśnieżyć (żeby dało się poruszać po ubitej warstwie) i są one przejezdne i bezpieczne. Na miejsce dojeżdżam suchy, niepochlapany… Po prostu – bajecznie!

Krótka refleksja – Finowie chyba do śniegu podchodzą jak do innych ludzi – nie zakładają z góry jego złych intencji i nie przystępują od razu do walki, po prostu starają się z nim żyć. A wychodzi im to bardzo dobrze :).

Zamiast opowiadać i przywozić pełno zdjęć, postaram się ciekawsze rzeczy opisać i zdjęcia powrzucać tutaj. W ten sposób mogę pisać kiedy chcę, każdy może czytać i oglądać co i kiedy chce – i optymalizujemy wykorzystanie czasu :)

Pierwszy dzień wyprawy na Północ – to oczywiście sama podróż. W wersji ekonomicznej (czyli „byle jak najtaniej”) na przesiadki pomiędzy samolotami przyszło mi czekać po 5-6 godzin. A że cała wyprawa to w sumie 3 samoloty (Kraków – Warszawa – Helsinki – Rovaniemi), daje to cały dzień (od godziny 5 do 22) spędzony na lotniskach lub w samolotach. <dygresja>czas fiński to GMT+2 (lub +3 w lecie), więc wyprzedzają nas o godzinę – my teraz mamy GMT+1; więc od 5 godziny polskiej do 22 fińskiej daje to 16 godzin</dygresja>

Terminal krajowy (ang. domestic) na krakowskim lotnisku ma swój klimat – jest bardzo mały (jednocześnie może obsługiwać tylko 1 lot). Dodatkowo lot Kraków – Warszawa o 6:00 jest pierwszym porannym połączeniem. W związku z tym lotnisko rano świeci pustkami, odprawa osobista zaczyna się tuż przed 5, a wystarczy i tak być o 5:15 żeby nadać bagaż i samemu przejść odprawę. (zalecenia, żeby na lotnisku być 2h przed odlotem, tutaj się nie sprawdzają)

Pogoda na krakowskiej ziemi była tego dnia mało porywająca, ciemno i mgliście. Okazuje się, że wystarczyło wznieść się odrobinę do góry, żeby zobaczyć, że ta mgła to tak naprawdę dolna część gęstych chmur, które na pewnej wysykości po prostu się kończą, odsłaniając RÓWNO niczym niezanieczyszczone niebo. Widać na zdjęciu, jakby były po prostu ciekłą substancją rozlaną równo po ziemi.

Niedługo po starcie, patrząc na lekko czerwieniącą się granicę między chmurami (to na dole) a niebem (to u góry) dotarło do mnie, że skoro lecę na północ i siedzę po prawej stronie, to moje okno skierowane jest na… wschód! Aparat miałem więc w pogotowiu. Choć, jak to zwykle bywa, lepiej wyglądało to naprawdę. Wszystkie zdjęcia psuła „upaćkana” już po kilkunastu minutach lotu szyba.

Mając ponad 6 godzin na Okęciu, dowiadując się, że kartę pokładową Finnair’a mogę sobie po prostu wydrukować w specjalnym automacie (i robiąc to od razu) oraz widząc ceny wszelkiego jedzenia na lotnisku – zrealizowałem plan wyjścia ze „strefy” i udania sie „do miasta”. Tam też mogłem spokojnie zjeść i połączyć się z internetem w jednym z fast-foodów. Jak się okazało po moim powrocie, w „strefie” na Okęciu (po przejściu „prześwietlenia”), jest też strefa darmowego WiFi (firmowana przez ING) wraz z kontaktami z prądem! Można więc tam żyć.

Co nie zdziwiło mnie zbytnio, lotnisko w Helsinkach również wyposażone jest w takie „bajery” – więc 5 godzin czekania tamże nie było niczym ciężkim.

I jeszcze jedno spostrzeżenie na koniec, patrząc po samych sklepach bezcłowych i restauracjach na lotnisku – oni tu są „lekko” odjechani na temat Angry Birds! Poza „zwykłymi” maskotkami czy grami Angry Birds mają też oranżadki i lizaki Angry Birds. I pełno innych :).

Jednak mój faworyt (którego poznałem dzień później) – magnesy (ponad 100 elementów), z których można sobie na lodówce (na przykład) zrobić „screenshot’a z gry”.

Czy z odgrzewaniem starego bloga jest jak z odgrzewaniem kotleta? Mam nadzieję, że nie… Do archiwum zaglądać nie trzeba, a potrawa tym razem bardzo świeża i dobra :).

W skrócie – jak zwykle, zafascynował mnie pewien kawałek muzyki – i to na tyle, że żeby podzielić się nim z innymi nieco bardziej, niż przez wstawienie „linka na fejsie”. Celtic Woman – zespół, którego chyba nie trzeba przedstawiać, wystarczy popatrzyć i posłuchać. Jedynka w nazwie wpisu sugeruje, że to pierwszy wpis z cyklu – z pewnością jeszcze ten zespół się tutaj pojawi. I ich autorski utwór – Awakening!

„Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem” – cytując za bohaterem „kultowego” (jak to się go określa) filmu „Rejs”. Mój ścisły umysł zwykle może to jedynie potwierdzić. Po pierwszym usłyszeniu powyższego utworu – miałem wrażenie, że jest on bardzo „typowy” dla Celtic Woman, melodia taka w miarę fajna, rytm, aranżacja – jak w innych ich piosenkach. I tylko refren, a dokładnie jego pierwsze 5 sekund (od 01:59) – tak cudowne, że zauroczyły mnie od razu… Dla tych 5 sekund (pojawiających się kilkakrotnie) puszczałem całość jeszcze raz, jeszcze raz.

Czasem przy takich okazjach nasuwa mi się pytanie – dlaczego nie komponują utworów, które w całości składałyby się z takich niezwykłych brzmień, dlaczego tylko pojedyncze fragmenty wzbudzają emocje większe niż pozostałe części. Ale odpowiedź jest chyba oczywista – gdyby takich „mocnych” fragmentów było zbyt wiele, podobnie jak każdy inny narkotyk – przestałyby one działać tak, jak powinny. Trzeba je przedzielić słabszymi dawkami.

Nie znaczy to, oczywiście, że cały utwór jest „słaby”. Jest wyjątkowy, od początku do końca :). Już pierwsze bębny, często słyszalne u Celtic Woman, brzmią tutaj bardzo patetycznie, czy też – mówiąc językiem współczesnym – „epicko” :). A do nich skrzypce zapoznają nas z melodią – wyjątkowo spokojną. Melodia oczywiście powraca już w formie śpiewu – czyli tego, co u Celtic Woman jest zawsze najważniejsze. Jak zwykle na początku każda solo, później wszystkie razem – to tylko jeden ze sposobów stopniowego podnoszenia emocji. No i przy okazji śpiewu jeszcze tekst – tutaj wyjątkowo poetycki, aż dziw, że pasuje do tych bębnów.

Tekst „zauważyłem” dość późno. Coś tam o jakimś ogniu było, nie zwracałem na to uwagi, nie sądziłem, że to ma sens. A okazuje się, że ten sens ma, że to poezja – i to taka z jednej strony dość ładna i porywająca przy tej muzyce, a z drugiej strony – niewymagająca i możliwa do zrozumienia nawet dla umysłu zero-jedynkowego. Zachęcam więc do słuchania razem z tekstem. Jeżeli mniej-więcej jesteśmy obyci z językiem angielskim, słuchowe wychwycenie słów nie powinno stanowić problemu. W razie problemów – na końcu dołączam tekst pisany.

Staram się nie rozpisywać zbytnio, więc skończę szybko. Po prostu – zachęcam i polecam! Wiadomo :).

continue reading…

Jednym z łatwo zauważalnych efektów prowadzenia własnej działalności gospodarczej jest jawność danych kontaktowych, a zwykle – przy działalnościach jednoosobowych – również miejsca zamieszkania, identycznego jak miejsce siedziby. Tę jawność wykorzystuje, oczywiście, pełno firm, które spieszą poinformować o swoich atrakcyjnych ofertach, zaproponować jakieś swoje karty (choćby takie Makro) itp. Czasem jednak zdarzy się jakieś poważniejsze pismo. Tak było ostatnio, gdy Krajowy Rejestr Pracowników i Pracodawców, powołując się na jakieś ustawy i uchwały, chciał wyciągnąć ode mnie 115 złotych. Cały list poniżej:

Pismo bardzo urzędowe, co widać już po samej kopercie, ale również i po treści. Ów „Rejestr” twierdzi, że działa na podstawie jakiejś ustawy i że prowadzi centralną bazę danych podmiotów gospodarczych. Następnie informuje, że „Ogłoszenie wpisu w rejestrze[...] wymaga uregulowania opłaty rejestracyjnej w wysokości zgodnej z aktualnym rozporządzeniem KRPiP (Uchwała wew. z dnia 10 czerwca 2011 r.). W związku z powyższym prosimy o uregulowanie opłaty w wysokości 115,00 zł, w nieprzekraczalnym terminie do…” – i tu data pozostawiająca około 7 dni, więc niewiele czasu na myślenie. Blankiet wpłaty, stanowiący 1/3 pisma, jest już wypełniony i gotowy, wystarczy zapłacić – i po problemie. Tyle, że przy zakładaniu działalności nikt o żadnej takiej opłacie nie wspominał…

Oczywiście, to naciągacze! Żadna taka opłata nie jest obowiązkowa, a Krajowy Rejestr Pracowników i Pracodawców spółka z o.o. to nie żaden organ państwowy, a prywatna firma, która perfidnie naśladuje „urzędowy” styl w słusznej nadziei, że ludzie się na to złapią… Oczywiście robią to w białych rękawiczkach, a wszystko, co piszą, jest prawdą. Noo poza datą rozpoczęcia działalności, którą przekręcili, choć każdy idiota potrafiłby sobie na sieci ją sprawdzić. Prawdą jest zapewne, że działają na podstawie jakiejśtam ustawy (i stratą czasu byłoby szukanie, co to za ustawa, do której się odnoszą). Prawdą jest też akapit, że organy administracji publicznej współpracują z… – z resztą nie ważne, co tam piszą, bo to nijak się nie odnosi do pozostałych akapitów. Równie dobrze mogliby dodać wstawkę, że w Afryce odsetek głodnych dzieci jest większy niż w Polsce. Ogłoszenie wpisu „wymaga” opłaty ustalonej przez uchwałę wewnętrzną (tej spółki) w „nieprzekraczalnym terminie”… – jednak nie jest w żaden sposób obowiązkowe! Wystarczy tylko ładnie poustawiać słowa, żeby czytelnikowi „się wydawało”, że taki obowiązek istnieje…

Biznes rewelacyjny, prawda? Szukajmy nowych firm i wysyłajmy im takie pisma, wiele z nich zapłaci – i od każdej z nich mamy 115 zł prawie za nic. Oczywiście piszą o nich różne fora, pisała Gazeta, byli w TVN24 (http://kontakt24.tvn.pl/temat,oszukiwali-bo-trudno-przebic-sie-na-rynku,19788.html?categoryId=496) – ciekawe jest zwłasza, jak prezes – Michał Gawiński – ładnie i z przekonaniem mówi, że to taka „niestandardowa” konstrukcja oferty handlowej… ot i tyle :). W sierpniu 2011 mieli już jakieś sprawy w sądzie zakładane… Ale nic, działają dalej – widać to legalne.

Z ciekawości zapytałem kilku znajomych :). Kolega – informatyk, który zobaczył to pierwszy, nie zauważył nic podejrzanego – i, jak twierdzi, w zabieganiu pewnie by zapłacił bez zastanawiania sie. Następnie temat rzuciłem w grupie 4 znajomych – i od razu od jednego się dowiedziałem, że jego mama też dostała takie pismo i „musiała zapłacić”. Strach pomyśleć, ile osób w całej Polsce się nacięło!! Pocieszające, że pieniądze można odzyskać, podobno bezproblemowo. Ale co z tego, skoro mało kto o tym wie??

Jeżeli macie znajomych prowadzących swoje mikro-firmy (a może i większe też?), podpytajcie, czy dostali takie pismo i co z nim zrobili :).

I na koniec, oczywiście, nasuwa się taka refleksja… Czy ta firma robi coś złego? W sumie w swoim liście piszą prawdę. Czy stacone pieniądze są winą manipulacji, której dopuścili się autorzy pisma? A może bardziej winne jest przeświadczenie, które chyba zakorzeniło się w każdym z nas, że „organy administracji publicznej” mogą zażądać od nas dowolnej opłaty byle-kiedy za dowolne byle-co, a my zawsze musimy im zapłacić? Czy ten brak podejrzliwości nie wynika właśnie z przyzwyczajenia do wielu opłat rejestracyjnych i skarbowych, wśród których jakaś jedna dodatkowa nie robi szczególnej różnicy? Czy gdybyśmy żyli w jakimś bardziej przyjaznym państwie, gdzie podatki byłyby proste i jasne, a nie poukrywane po wszystkich możliwych zakamarkach przy okazji rozmaitych formularzy i wniosków, tacy naciągacze też mieliby szansę się utrzymać z takiego przekrętu?

W sytuacji przedstawionej na rysunku kierujący pojazdem 1:

A. ma pierwszeństwo przed pojazdem 2

B. może używać świateł pozycyjnych zamiast świateł mijania

C. może zostać niezauważony przez kierującego pojazdem 2

D. zapierdalając z niedozwoloną prędkością może spowodować wypadek drogowy

Sytuacja wyglądała mniej lub bardziej następująco. Środa, godzina 23:22, zamierzam wyjechać z ulicy Naczelnej (podporządkowana) na ulicę Dobrego Pasterza, w kierunku Tesco – czyli w prawo. Zbliżam się do skrzyżowania powoli, prawy kierunkowskaz, sprawdzenie lewej strony – nic nie jedzie. Ruszam. Widzę światełko z lewej strony, coś jak rower – ale jedzie bardzo szybko!

Skuter! Kur*a!

Hamowanie… iii…

Nie, nie, nic się nie stało :). Motorowerzysta, jadący ulicą Dobrego Pasterza, przejechał sobie; jechał dość daleko od krawędzi jezdni, więc miejsca miał sporo. A ja ruszyłem, już mniej spokojnie, jadąc za tym skuterkiem – i zastanawiając się, jak to się stało, że go prawie nie zauważyłem… To oświetlenie chyba miał jakieś lewe – jakby postojowe, jasność mniej-więcej taka jak moje światło rowerowe. Kurczę… czy on może jechać z takimi światłami? – zastanawiałem się… – Co by było, gdybym mu rzeczywiście zajechał drogę? Czyja wi… continue reading…

Dzisiaj w Kościele święto Wniebowstąpienia Pańskiego. Więc – przechodząc do konkretów – dwa kawałki muzyki skomponowane w tym temacie przez Palestrinę. Mówiąc fachowo i technicznie – dwa motety. W skrócie – Giovanni Pierluigi da Palestrina, 1525-1594 (czyli ponad 100 lat przed Bachem), chyba najbardziej znany kompozytor renesansu. Wtedy nie panowały jeszcze znane nam do dzisiaj zasady muzyki, utwory były takie „dziwne”, wszystko śpiewane tak nierówno, że – zwłaszcza w obcym języku – ciężko zrozumieć, który głos śpiewa które słowa, a cała harmonia – ogólnie – taka „inna”,  :). Tak czy inaczej brzmi to wyjątkowo.

Viri Galilaei

Viri Galilaei, quid statis aspicientes in caelum? Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo?
Hic Jesus, qui assumptus est a vobis in caelum, Ten Jezus, wzięty od was do nieba,
sic veniet quemadmodum vidistis eum euntem in caelum. przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba.
Alleluia. Alleluja.

(z Biblii Tysiąclecia, Dz 1,11)

Ascendit Deus

Ascendit Deus in iubilatione, Wstąpił Bóg wśród radosnych okrzyków,
et Dominus in voce tubae. Pan przy dźwięku trąby.
Alleluia. Alleluja.
Dominus in caelo paravit sedem suam. Pan w niebie tron swój ustawił,
Alleluia. Alleluja.

(Ps 47,6 + Ps 103,19)

O Rex Gloriae

O rex gloriae, domine virtutum, O Królu chwały, Panie Zastępów,
qui triumphator hodie jako zwycięzca
super omnes caelos ascendisti: wstępujesz dzisiaj do nieba,
ne derelinquas nos orphanos, nie zostawiaj nas sierotami,
sed mitte promissum lecz ześlij nam
Patris in nos spiritum veritatis. Ducha Prawdy obiecanego przez Ojca.
Alleluia. Alleluja.

(antyfona z II Nieszporów Wniebowstąpienia)

Żeby nie kompromitować tej strony za bardzo i nie zostawiać całego miesiąca bez aktualizacji – dodaję już galerię z Budapesztu do oglądnięcia :). Miała być z całym tekstem, ale niestety powstawanie tekstu bardzo się w czasie rozwlekło.

Tak więc – zapraszam do galerii :).