Jednym z łatwo zauważalnych efektów prowadzenia własnej działalności gospodarczej jest jawność danych kontaktowych, a zwykle – przy działalnościach jednoosobowych – również miejsca zamieszkania, identycznego jak miejsce siedziby. Tę jawność wykorzystuje, oczywiście, pełno firm, które spieszą poinformować o swoich atrakcyjnych ofertach, zaproponować jakieś swoje karty (choćby takie Makro) itp. Czasem jednak zdarzy się jakieś poważniejsze pismo. Tak było ostatnio, gdy Krajowy Rejestr Pracowników i Pracodawców, powołując się na jakieś ustawy i uchwały, chciał wyciągnąć ode mnie 115 złotych. Cały list poniżej:

Pismo bardzo urzędowe, co widać już po samej kopercie, ale również i po treści. Ów „Rejestr” twierdzi, że działa na podstawie jakiejś ustawy i że prowadzi centralną bazę danych podmiotów gospodarczych. Następnie informuje, że „Ogłoszenie wpisu w rejestrze[...] wymaga uregulowania opłaty rejestracyjnej w wysokości zgodnej z aktualnym rozporządzeniem KRPiP (Uchwała wew. z dnia 10 czerwca 2011 r.). W związku z powyższym prosimy o uregulowanie opłaty w wysokości 115,00 zł, w nieprzekraczalnym terminie do…” – i tu data pozostawiająca około 7 dni, więc niewiele czasu na myślenie. Blankiet wpłaty, stanowiący 1/3 pisma, jest już wypełniony i gotowy, wystarczy zapłacić – i po problemie. Tyle, że przy zakładaniu działalności nikt o żadnej takiej opłacie nie wspominał…

Oczywiście, to naciągacze! Żadna taka opłata nie jest obowiązkowa, a Krajowy Rejestr Pracowników i Pracodawców spółka z o.o. to nie żaden organ państwowy, a prywatna firma, która perfidnie naśladuje „urzędowy” styl w słusznej nadziei, że ludzie się na to złapią… Oczywiście robią to w białych rękawiczkach, a wszystko, co piszą, jest prawdą. Noo poza datą rozpoczęcia działalności, którą przekręcili, choć każdy idiota potrafiłby sobie na sieci ją sprawdzić. Prawdą jest zapewne, że działają na podstawie jakiejśtam ustawy (i stratą czasu byłoby szukanie, co to za ustawa, do której się odnoszą). Prawdą jest też akapit, że organy administracji publicznej współpracują z… – z resztą nie ważne, co tam piszą, bo to nijak się nie odnosi do pozostałych akapitów. Równie dobrze mogliby dodać wstawkę, że w Afryce odsetek głodnych dzieci jest większy niż w Polsce. Ogłoszenie wpisu „wymaga” opłaty ustalonej przez uchwałę wewnętrzną (tej spółki) w „nieprzekraczalnym terminie”… – jednak nie jest w żaden sposób obowiązkowe! Wystarczy tylko ładnie poustawiać słowa, żeby czytelnikowi „się wydawało”, że taki obowiązek istnieje…

Biznes rewelacyjny, prawda? Szukajmy nowych firm i wysyłajmy im takie pisma, wiele z nich zapłaci – i od każdej z nich mamy 115 zł prawie za nic. Oczywiście piszą o nich różne fora, pisała Gazeta, byli w TVN24 (http://kontakt24.tvn.pl/temat,oszukiwali-bo-trudno-przebic-sie-na-rynku,19788.html?categoryId=496) – ciekawe jest zwłasza, jak prezes – Michał Gawiński – ładnie i z przekonaniem mówi, że to taka „niestandardowa” konstrukcja oferty handlowej… ot i tyle :). W sierpniu 2011 mieli już jakieś sprawy w sądzie zakładane… Ale nic, działają dalej – widać to legalne.

Z ciekawości zapytałem kilku znajomych :). Kolega – informatyk, który zobaczył to pierwszy, nie zauważył nic podejrzanego – i, jak twierdzi, w zabieganiu pewnie by zapłacił bez zastanawiania sie. Następnie temat rzuciłem w grupie 4 znajomych – i od razu od jednego się dowiedziałem, że jego mama też dostała takie pismo i „musiała zapłacić”. Strach pomyśleć, ile osób w całej Polsce się nacięło!! Pocieszające, że pieniądze można odzyskać, podobno bezproblemowo. Ale co z tego, skoro mało kto o tym wie??

Jeżeli macie znajomych prowadzących swoje mikro-firmy (a może i większe też?), podpytajcie, czy dostali takie pismo i co z nim zrobili :).

I na koniec, oczywiście, nasuwa się taka refleksja… Czy ta firma robi coś złego? W sumie w swoim liście piszą prawdę. Czy stacone pieniądze są winą manipulacji, której dopuścili się autorzy pisma? A może bardziej winne jest przeświadczenie, które chyba zakorzeniło się w każdym z nas, że „organy administracji publicznej” mogą zażądać od nas dowolnej opłaty byle-kiedy za dowolne byle-co, a my zawsze musimy im zapłacić? Czy ten brak podejrzliwości nie wynika właśnie z przyzwyczajenia do wielu opłat rejestracyjnych i skarbowych, wśród których jakaś jedna dodatkowa nie robi szczególnej różnicy? Czy gdybyśmy żyli w jakimś bardziej przyjaznym państwie, gdzie podatki byłyby proste i jasne, a nie poukrywane po wszystkich możliwych zakamarkach przy okazji rozmaitych formularzy i wniosków, tacy naciągacze też mieliby szansę się utrzymać z takiego przekrętu?