Skip to content

Bardzo zadziwił mnie wczoraj jeden artykuł, bardzo krótki – ale wnioski, które z niego wyciągnąłem, są chyba kilkakrotnie dłuższe:

Polacy chcą wspólnych obchodów 10 kwietnia

Tak w bardzo dużym skrócie – Polskie Radio zleciło instytutowi Homo Homini przeprowadzenie „badania”. Badanie to, według interpretacji prezesa instytutu, pokazało, że „ogromna część społeczeństwa” chciałaby powrócić do tej „wspólnotowej” atmosfery, która panowała po katastrofie smoleńskiej. Dokładniej: „70% badanych chciałoby, aby rodziny ofiar oraz politycy, w tym prezydent i premier, wspólnie obchodzili rocznicę katastrofy smoleńskiej”. 22% było przeciwnych, a 8% nie miało zdania. Dowiadujemy się jeszcze, że sondaż został przeprowadzony telefonicznie „na grupie 1081 osób, reprezentatywnej dla ogółu Polaków„.

Niesamowite, po prostu! Około 920 osób (z tysiąca zapytanych) chciałoby wtrącać się rodzinom ofiar, przeżywającym ich pierwszą rocznicę śmierci, do sposobu, w jaki będą te dni obchodzić… Zamiast po prostu stwierdzić, żeby przeżywali tak, jak będą chcieli, jak będzie im najlepiej. Tak przynajmniej wynika z przekazu – a ile w tym prawdy, ciężko nam stwierdzić. Niestety instytut nie odważył się przedstawić dokładnie, jak taka rozmowa telefoniczna wyglądała, jak dokładnie brzmiało pytanie i jak sformułowane były możliwe odpowiedzi. Nie powiedzieli też, skąd wiedzą, jak wygląda „ogół” Polaków i kto jest dla niego reprezentatywny. I wciąż nie wiem, kto mnie tam reprezentował…

Tak się zastanawiam – może takie sondaże mają na celu takie ukryte podbudowanie naszego ego? Może celowo są tak zrobione, aby nam, normalnym, pozwolić czuć się jak jakaś elita, jako niepowtarzalne 8% w tłumie 92% ludzi nierozumnych, gdy to czytamy? Jaki inny sens miałby taki artykuł? Jaki sens miałoby wydawanie dużych pieniędzy na połączenia telefoniczne – i studentów, którzy obdzwonią ten reprezentatywny dla „ogółu” tysiąc – i do tego jeszcze specjalistów, którzy wynik odpowiednio przeliczą i zinterpretują? Taki cel wydaje się sensowny :). Inną możliwością byłyby jedynie teorie spiskowe (kierownik odpowiedniego działu w radio chciał dać zarobić swojemu znajomemu prezesowi instytutu, może i coś w zamian dostając…) – ale, jak wiemy, to dość rzadkie i nawet nie ma sensu o tym myśleć. Na szczęście to nie moje pieniądze, tylko jakiegoś Polskiego Radia :), więc nie muszę się bulwersować – mogę sobie na spokojnie pomyśleć.

Dawniej się dziwiłem, jaki jest sens pisania takich artykułów i przedstawiania wyników tak bzdurnych badań. Teraz odkryłem – chyba ich intencją jest pokazanie mi, jaki wyjątkowy i daleki od „ogółu” jestem – więc od razu, tak za darmo, zyskałem wiele powodów do radości ;).

Ten utwór poznałem wiele tygodni temu… I wciąż nie jestem w stanie wyjść z podziwu. Zarówno kompozytor, Paul Drayton, jak i wykonawcy (czyli genialny chórek King’s Singers) stworzyli coś niezwykłego. Do posłuchania tutaj:

Powtarzając to, co zostało powiedziane we wstępie w filmie – utwór w ciągu swoich niecałych 12 minut prezentuje „historię” muzyki klasycznej z ostatnich 400 lat. I udaje mu się to całkiem nieźle! Przy czym nie jest to składanka różnych kawałków. Wszystko zostało skomponowane całkowicie od nowa, parodiując styl każdego z kompozytorów :).

00:32 – Johann Sebastian Bach – nie mogli lepiej zacząć. Bardzo fajna fuga, przy okazji bardzo pouczająca – bo dzięki śpiewanym słowom łatwo odróżnić od siebie tematy fugi. Na początku, oczywiście, wykonanie głównego tematu fugi przez każdy z głosów. Pierwszy głos – solo, w tonacji podstawowej. Następnie pierwszy głos wchodzi w kontrapunkt, a drugi głos wykonuje temat (w tonacji oddalonej o kwintę). Później temat wchodzi do trzeciego głosu (znów w tonacji podstawowej) i czwartego (znów kwinta) – czyli dokładnie tak, jak powinna wyglądać podręcznikowa ekspozycja. A później wszystko się już rozwija, bez sztywnych reguł. Poszczególne głosy „kłócą się”, wymieniając przy okazji innych kompozytorów – synów Bacha (Johann Christian, Wilhelm Friedemann, Carl Philipp Emanuel) – aż w fazie kulminacyjnej główny temat fugi pojawia się w głosie basowym (01:52 – ten po prawej, przypominający Jasia Fasolę, świetnie udaje głos z pedałów organowych), zatrzymując się na ostatniej nucie – imitując tym nutę pedałową w czasie kody utworu. Po prostu – genialne!

02:31 – George Frideric Handel – drugi, po Bachu, tak fajny kompozytor z baroku (tylko subiektywne zdanie). Zaczyna się podniośle, z towarzyszeniem instrumentów dętych – podobnie jak „Music for the Royal Fireworks” (muzyka do królewskich sztucznych ogni, tak w wolnym tłumaczeniu), a dalej już jest lekko i przyjemnie :).

03:30 – Wolfgang Amadeusz Mozart – jego oczywiście też nie mogło zabraknąć. Bardzo charakterystyczny jest akompaniament (zupełnie jak np. w znanej Sonacie nr 16 C-dur).

04:44 – Ludwig van Beethoven – początek bardzo podobny do początku jego I Symfonii. Dalej – nie piszę, bo z niczym mi się nie kojarzy :).

06:25 – Felix Mendelssohn-Bartholdy, znany szerokiej większości (mnie również) jedynie ze swojego marszu weselnego

07:07 – Johann Strauss wraz z synami :). Nie wiadomo do końca, czy chodzi o Johanna ojca, czy syna, pewnie o ojca – wszyscy synowie są później. Zostają przedstawieni po kolei – Josef Strauss, Eduard Strauss, Johann Strauss, oraz… Levi Strauss :). Ten ostatni, oczywiście, nie jest członkiem tej rodziny Straussów. Jest natomiast równie dobrze znany (a może i nawet lepiej?) jako pierwszy twórca spodni jeansowych (stąd marka Levi’s). Taki sprytnie wmontowany żart ;).

08:04 – wciąż w temacie Strauss’a, nie do końca wiem, czemu zostaje tu wymieniony Willi Boskovsky. Był on znanym wykonawcą i dyrygentem dzieł Straussa, ale nie kompozytorem.

08:45 – Claude Debussy – trochę go nie lubię… Oni chyba z resztą też :).

09:50 – tu zaczyna się taka dziwna lista różnych kompozytorów, których nazwiska ciężko zrozumieć. Na początku Cesar Franck, później oczywiście Wagner i różni inni. Z wyłapanych do tej pory – Bizet, Chopin, Berlioz, Szymanowski, Paganini, Sibelius, Vivaldi, Rossini, Puccini (jako ostatni).

11:11 – William Byrd – genialny motyw :). Dzięki temu fragmentowi poznałem kompozytora, o którym wcześniej nic nie słyszałem. A to, według niektórych, taki angielski odpowiednik Palestriny w epoce renesansu. Jak się łatwo domyślić – komponował głównie muzykę kościelną/chóralną (co chyba było w tamtych czasach normą). Nie wiem tylko, skąd znalazł się akurat w tym miejscu – dotychczasowi kompozytorzy byli ułożeni jakoś chronologicznie – a tu skok o kilkaset lat do tyłu…

11:23 – Cage. Potraktowali go, moim zdaniem, odpowiednio :). To taki gość, co przeżył prawie cały XX wiek, nazywany przez niektórych kompozytorem. Jego najbardziej znanym „dziełem” jest 4’33” – „utwór” składający się z samych pauz, co daje w rezultacie 4 i pół minuty ciszy… Były też inne – grane na przedmiotach codziennego użytku, czy podłączonych do prądu kaktusach… Jednym z ciekawszych niewątpliwie utworów jest „Imaginary Landscape No. 4″ na 12 odbiorników radiowych (stąd chyba w parodii King’s Singers motyw regulacji radia). 12 osób, za wskazówkami dyrygenta, przestawia częstotliwości i reguluje głośność swoich radioodbiorników. W dalszym ciągu niezbadana pozostaje kwestia, co się stanie, kiedy w trakcie wykonywania utworu jedna z osób trafi na stację radiową, która będzie w tym czasie akurat nadawać „Imaginary Landscape No. 4″ Johna Cage’a ;).

11:27 – „… and everyone from Stockhausen to Gershwin” – co chyba potwierdza moje obawy, że im dalej na osi czasu – tym gorsza muzyka… A wiek XX w muzyce „klasycznej” prawie nie istnieje.

11:42 – and Bach again :). Lepszy happy end ciężko sobie wyobrazić :).

Szukałem listy tymi kompozytorami wymienionymi w „Masterpiece”, lecz nie znalazłem. Są szczątkowe listy w komentarzach na YouTube. Dlatego tak dokładnie ich wymieniam – bo jest to coś, czego do tej pory w sieci nie było (a to się rzadko zdarza :) ). Jako ciekawostkę dodam, że znalazłem ciekawy konkurs – Olimpiadę Słuchową dla uczniów szkół muzycznych II stopnia. W II Etapie konkursu w 2010 roku w części pisemnej wykorzystano tylko i wyłącznie utwór Masterpiece Paula Draytona – do wszystkich ćwiczeń słuchowych. PDF z pytaniami jest do ściągnięcia ze strony Olimpiady. I znów żałuję, że nie chodziłem do szkoły muzycznej…

W skrócie mogę chyba stwierdzić, że sprzedałem zbyt tanio :). Patrząc na zainteresowanie, jakie wzbudziła oferta, oraz wyciągając wniosek z faktu, że znalazł kupca w niecałą godzinę od opublikowania aukcji na Allegro (który kupił auto w ciemno!) – widać, że prawdopodobnie istnieje cena znacznie wyższa, przy której Golf cieszyłby się mniejszym zainteresowaniem, ale kupca w końcu i tak znalazł…

A wyglądało to tak. Na Allegro wystawiłem aukcję o identycznej treści jak mój ostatni wpis (lekko ocenzurowaną, rzecz jasna, bez nazwisk Tuska i Pawlaka – z obawy, że mogliby zamknąć aukcję i/lub mnie), typ ustawiłem na „kup teraz”. Po trzech minutach zadzwonił telefon z pytaniem „czy oferta wciąż aktualna?” :) Pan chciał się umówić jeszcze na ten sam dzień na oględziny (choć było już po 18), zadzwonił jeszcze tylko do kolegi, czy ma czas. W międzyczasie zadzwonił drugi chętny, z Mszany, chciał przyjechać następnego dnia. Później znów ten pierwszy – że będzie „za 40-50 minut”. Później jeszcze dwóch innych…

Pierwszy chętny przyjechał – po upływie godziny od rozpoczęcia aukcji. Gdy się zaczęliśmy witać, dostałem kolejny telefon, który postaram się zacytować:
- „Dzień dobry! Ja kupiłem u pana samochód, Golfa – i chciałbym zapytać, kiedy i gdzie go mogę odebrać?”
- „Yyy… ale jak to: kupił pan?” (niestety informacja mnie przerosła – i jedynie takie zdanie byłem w stanie na szybko skonstruować)
- „No normalnie, kliknąłem „Kup teraz” i kupiłem – i chciałbym je odebrać…”
Oczywiście później tłumaczenie tym, którzy przyjechali… I sytuacja w ogóle dziwna… Na niektórych aukcjach z Allegro ludki zaznaczają „Kup teraz – jedynie po osobistym obejrzeniu samochodu”. A ja – głupi – myślałem, że to oczywiste…

Jak się okazało, kupujący prowadzi coś na kształt komisu samochodowego, auto kupił na handel. Spodziewał się jednak czegoś mniej zardzewiałego (cóż, zachciało się kupować w ciemno… :>). Ale to nic nie szkodzi – się zaszpachluje, zamaluje – i sprzeda o wiele drożej :). Jak się domyślam – o tym, że prąd ucieka, przyszły klient komisu dowie się po kilku dniach od zakupu, wsiadając rano do samochodu i zastanawiając się, dlaczego rozrusznik nie chce się kręcić… Przecież w komisie palił na dotyk…

Obym się mylił, są jednak przecież uczciwi ludzie (tylko mniej zarabiają) :). Z tej historii dwa wnioski. Szczery opis to dobry opis, cena startowa powinna być raczej wysoka, a sprzedaż samochodu na Allegro powinna mieć formę aukcji, a nie „Kup teraz”. Trzy wnioski. Szczere opisy są dobre, bo oszczędzają czas kupującego i sprzedającego. Domyślam się, że Golfy, które w identycznej cenie były na Allegro, tak naprawdę były w gorszym stanie – tyle że ich wady ukryte były w ogólnikowych „stan pojadu oceniam jako dobry”. Odkrycie tego na miejscu – jedynie irytuje potencjalnego nabywcę, że czas tracił… Cenę zawsze warto dać za wysoką, jak widać – bo najwyżej straci się 10 dni na czekanie na kupca i albo w końcu ktoś wynegocjuje cenę, która mu odpowiada, albo wystawi się na sprzedaż jeszcze raz, tym razem taniej – zwłaszcza w przypadku takich aut jak Golfy, które schodzą (jak widać) jak świeże bułeczki :). A przy aukcji „zwykłej” (a nie „kup teraz”) – nie ma groźby takiego niespodziewanego zakończenia, a cena zawsze może iść w górę :).

Teraz pozostało mi jeszcze zapłacić prowizję dla Allegro – prawie 100zł…

GOLF JUŻ SPRZEDANY, OFERTA NIEAKTUALNA! :)

Nadszedł czas pożegnać się z tym pięknym samochodem. Tak więc, sprzedam:

Volkswagen Golf III, rok 1992


Silnik 1,8 benzyna + LPG, 75 KM
cena: 2400 zł
lokalizacja: Kraków (północna część)

Samochód w dobrym stanie, pięknie się nim jeździ – i gdyby nie przesiadka na coś większego i nowszego, jeździłbym dalej :). Nie jest to samochód dla wygodnych, ma kilka wad, które jednak wystarczy zaakceptować – i jeździć spokojnie. Jego największą wadą na chwilę obecną jest jakiś przeciek prądowy, który powoduje, że akumulator dość szybko (kilka dni) się rozładowuje samoczynnie. Oczywiście w jeździe to nie przeszkadza – wystarczy więc codziennie kończąc jazdę (na noc) odłączyć akumulator, a podpiąć przed kolejną jazdą – i problem znika :). Przychodząc rano (nawet przy dużym mrozie) mamy pewność, że odpali i pojedzie. Podłączenie akumulatora zajmuje niecałe 20 sekund (nawet w rękawiczkach) – a w zamian otrzymujemy pięknie jeżdżący i sprawny samochód. Dodatkowy drobny mankament – nie działa tylna wycieraczka. Jeździłem tak ponad rok (od zeszłej zimy) i nigdy tego nie odczułem :). Aby już zakończyć mówienie o tym, czego nie ma – nie działa centralny zamek (choć zamontowany), nie działa też otwieranie szyberdachu (tą wadę mają akurat prawie wszystkie Golfy z tego okresu). W wyposażeniu nie ma elektrycznych szyb, elektrycznych lusterek, ani klimatyzacji.

Ale tak naprawdę – co z tego? :) Za rozsądne pieniążki (mniej niż jedna średnia krajowa pensja netto) dostajemy samochód, który świetnie spełnia swoją podstawową funkcję: jeździ! :). Jeździ, jak na taki silnik (75 koni) dość sprawnie, na autostradzie potrafi się rozpędzić do 180 km/h i taką prędkość utrzymać. Cztery osoby z bagażami mogą wygodnie podróżować, pięć osób (te z tyłu – drobniejsze) też. I – co najlepsze – pali około 10 litrów gazu na setkę! Rzecz jasna – na trasie nieco mniej, po mieście nieco więcej. Tak czy inaczej – 10 litrów, to daje ok. 25 zł za przejechanie 100 kilometrów. Oczywiście realnie takie 100 km kosztuje nas jedynie połowę tego, drugą połowę kradnie ta czerwona hołota zwana „rządem”, Tusk, Pawlak i inni złodzieje… Ale i tak to niewątpliwa zaleta – nie dajemy tym bandytom zarobić tyle, ile użytkownicy silników benzynowych, tamci to dopiero są okradani…

Krótka historia. Golfa kupiłem 2,5 roku temu, czyli w sierpniu 2008. I było nam ze sobą bardzo dobrze. Wymieniłem oczywiście wszystkie filtry i rozrząd – i jeździłem :). Na liczniku miał wtedy 234 tys. Jedynie silniczek krokowy wymagał jeszcze wymiany (czasem nie trzymał obrotów na luzie, typowe) – po wymianie oczywiście chodzi ok :). Nigdy nie miałem żadnych większych kłopotów, nigdy nie stanął w trasie, nigdy nie miał problemów z ruszeniem! Raz jedyny nie udało mi się odpalić, kiedy zapomniałem o wciśnięciu sprzęgła przy rozruchu (a bieg był wrzucony)… Przewód doprowadzający prąd do rozrusznika nie wytrzymał takiego napięcia i poszedł z dymem (dosłownie). Oczywiście samochód bezproblemowo odpalił „na pych” i dojechał do mechanika, który się nim zaopiekował.
W chwili obecnej licznik wskazuje równe 260 tysięcy (nieruszany, oczywiście), wiele razem przejechaliśmy. W 2009 roku odwiedziliśmy razem Słowenię – trasę 1000 km pokonał za jednym zamachem (oczywiście – co 300 km musiał się napić gazu, butla „w kole” to jedyne 30 litrów), mknąc przez Alpy z prędkością 160-180 km/h. Na miejscu niestety doznałem kontuzji i do kraju musiałem wrócić ambulansem – więc powrotne 1000 km przejechała koleżanka. Jej wrażenia z jazdy również były pozytywne :). Ach, zapomniałbym – przed tym wyjazdem wymieniłem sprzęgło – więc obecnie nie ślizga, pięknie bierze i na długo pewnie wystarczy.

Oczywiście zalet nie wymieniłem wszystkich – posiada dobre wspomaganie kierownicy, alufelgi, 2 dość nowe opony zimowe, autoalarm, szyberdach (choć się nie otwiera, to niebo można oglądać – jest jasno i kolorowo, a w razie potrzeby można zasłonić) oraz komplet gumowych dywaników. Nikt w środku nie palił, wnętrze zadbane i pachnie ładnie. Wszystkie papierki są ważne, oczywiście – ubezpieczenie do kwietnia (opłacone), przegląd do maja. Można wsiąść i jechać. Gratisowo dorzucam ładne piankowe pokrowce na siedzenia (przednie widoczne na jednym zdjęciu, tylny, choć nie widać, też jest). Ogniska rdzy oczywiście są już widoczne (na zdjęciach dobrze widać – dół drzwi, nadkola), jednak, zważywszy na wiek auta, są one niewielkie :). Tylna klapa, która (jak zwykle w golfach) rdzewieje najbardziej, jeszcze się trzyma. Wizualnie Golf prezentuje się ładnie – z resztą najlepiej obejrzeć zdjęcia :).

Poniżej prezentuję aktualne zdjęcia, każde z nich podpisane. Jednak najlepiej obejrzeć i wypróbować na miejscu! :)

GOLF JUŻ SPRZEDANY, OFERTA NIEAKTUALNA! :)

Krótkie wyjaśnienie – tą stronę uruchomiłem jako stronę domową. Wypadł akurat taki moment przed wyborami, stąd tematyka poprzednich wpisów, jednak strona będzie później regularnie uaktualniana, powstanie w końcu galeria i takie tam. I to nie obietnice wyborcze :), poczekacie – zobaczycie.

Napiszę krótko. Jeżeli ktoś jeszcze się zastanawia, może akurat to pomoże. Mam tylko 2 tezy:
1. Kto pozwala wpływać sondażom na swój głos – ten jest idiotą.
2. Janusz Korwin-Mikke jest jedynym konkretnym i sensownym kandydatem. Po nim trochę w tyle Marek Jurek. A cała reszta zupełnie naprzeciwko, w obozie socjalistów (czyli tam gdzie stało ZOMO).

Ad. 1. Chyba nie trzeba tego tłumaczyć. Sondaże, żeby miały sens, powinny pokazywać realne głosy. A jeżeli pod wpływem sondaży ktoś zmienia swój głos – to tworzy się nowy sondaż, który zmienia głos kogoś innego… i tak dalej. Tworzy się taka samospełniająca się przepowiednia. A przyczyna tego samospełniania się jest prosta – ludzka głupota. Jeżeli widzę sondaż pokazujący głosy innych – i stwierdzam na jego podstawie, którzy kandydaci „mają szansę”, którzy są „więksi” – i tym choćby częściowo kieruję się w swoim wyborze – to się zachowuję jak głupek, kierowany przez innych… Jak mam podejmować odpowiedzialną decyzję, która na najbliższe lata (i – być może – na zawsze) zmieni Kraj, w którym będę żył (i być może – moje dzieci), jeżeli pozwalam tłumowi wpływać na mój wybór?

Ad. 2. Kiedy się słucha wszystkich kandydatów, niektórzy mówią konkretnie, a inni nie. Zdecydowanie można stwierdzić, że im ktoś jest dalej od rządzenia, tym konkretniej. Przedstawiciele partii parlamentarnych potrafią rzucać głównie puste słowa. A ci mniej znani i rzadziej „widywani” – tu się zaczynają konkrety. Wczoraj w czasie wypowiedzi Andrzeja Leppera w Radio Kraków – stwierdziłem (z wielkim zdziwieniem), że mówi on bardziej konkretnie i rozsądnie od obecnie rządzących!

Ale jednak Janusz Korwin-Mikke to zupełnie inna klasa. Gość, który jest bardziej inteligentny od większości z nas, potrafi myśleć długodystansowo – i zwykle z ogromnym powodzeniem! I do tego ma realne plany – przecież nie tworzy żadnej utopii, ale chce powrotu do tego, co już kiedyś się sprawdzało – i to o wiele lepiej, niż współczesne wynalazki. Ma odwagę, pomimo tego że część nazwie go oszołomem, porównać wprost działania Unii Europejskiej do działań Hitlera. Głupia „większość” się tym gorszy, bo nie myśli. Kto się zastanowi nad treścią takiego zdania, musi przyznać mu rację – Unia realizuje w wielu punktach zamysły Hitlera, to jest fakt, konkret.

Ja chcę właśnie takiego prezydenta. Który skupia się na konkretach. I działa konkretnie. Był wybrany do Sejmu tylko jeden raz, w pierwszej kadencji. Tworzył 4-osobowy klub parlamentarny. A mimo to pokazał, że ma jaja – i że potrafi działać skutecznie. Kiedy różni ludzie mówili o potrzebie lustracji, oczyszczenia życia publicznego z agentów SB – i takie tam podobne, żadna z wielkich partii tego nie zrobiła. JKM pokazał że jest facetem, zamiast gadać – po prostu wziął i to zrobił. Rozpoczął proces lustracji, ciągnący się – jak wiemy – do dziś. Wtedy zablokowany, pod osłoną nocy, przez prezydenta Wałęsę i innych agentów, nagłym odwołaniem rządu – polecam film „Nocna zmiana” (google znajdzie), to nie bajki, to same konkrety, to działo się naprawdę!

Poza Januszem Korwin-Mikke (i – częściowo – Markiem Jurkiem), cała reszta kandydatów chce nas jeszcze bardziej zadłużać. Nikt o tym nie mówi, ale tzw. „dług publiczny” rośnie z roku na rok. Władza rozdaje tyle pieniędzy (w formie zasiłków, na marne zarobki ogrooomnej budżetówki – przede wszystkim urzędników – i na wiele innych „potrzeb”), że nie ma skąd ich brać. Więc musi brać od nas, coraz więcej. Ja głupi nie jestem. Socjalistom rządzić nie pozwolę!

Dla porównania z wiecem Komorowskiego, który przed chwilką przedstawiałem – tak wyglądał wiec Janusza Korwin-Mikke (polecam!), również na krakowskim Rynku, kilka dni wcześniej, kilkadziesiąt metrów dalej:

Tutaj zgromadziło się (według szacunków policji) 2000 ludzi! Prawie 3 razy więcej niż na wiecu Komorowskiego. Ten filmik ma 5 części – polecam przeglądnięcie wszystkich i zwrócenie uwagi, jak liczba słuchaczy rośnie! Jak Komorowskiego mijali w większości obojętnie, tak tutaj wielu naprawdę zaczynało słuchać – bo było czego!!

Polecam filmik, bo widać różnicę w „jakości”. Nie ma znanych twarzy, nie ma aktorów, profesorów, poetów, nie ma kwiatów od kwiaciarek, lajkoników ani innych prezentów, nie ma orkiestry. Nie ma też wzniosłych słów o złotych wiekach Polski i o historii, którą kryją krakowskie mury. A co jest w zamian? Posłuchajcie! Konkrety!! Jasno i zwięźle powiedziane, co zrobić, żeby naprawić obecny syf panujący w naszym Kraju (upadającym coraz bardziej do poziomu UE…) Czy się z nimi zgadzamy w pełni, czy tylko częściowo, czy wcale – wciąż są to konkrety, a nie pier**lenie o d*pie Maryni i wielkości Polski i wspaniałości ścieżki, którą kroczymy. Widać, że jest to inna jakość, inna liga.

Krótkie pytanie do każdego: Wolicie pięknie ozdobione i wielkie pudełko po bombonierce, puste w środku, czy też dobrą czekoladę w zwyczajnym opakowaniu? Wciąż nie mogę uwierzyć, że tyle osób wybiera puste pudełko – bo jest ładne i wydaje się duże – i ma znaną markę…

Złożyło się tak, szczęśliwie lub nie, że trafiłem w środę na krakowskim Rynku na wiec wyborczy Bronisława Komorowskiego. Mając akurat aparat w plecaku. Postanowiłem uwiecznić kilka ujęć, których – oczywiście – w żadnych mediach nie byliśmy w stanie zobaczyć :). Proszę bardzo:

Tuż obok kościoła Mariackiego ustawiła się cała ekipa obecnego marszałka. I była to, po prostu, żenada… Cytując za Gazetą: „spotkanie kandydata PO z wyborcami na krakowskim Rynku było jednym z
ważniejszych w tygodniu poprzedzającym wybory”.

Co tam było?
- były prezydent Krakowa, Andrzej Gołaś
- pianista Leszek Możdżer
- aktor Krzysztof Materna
- profesor Andrzej Jajszczyk (AGH-owcy znają… zawiodłem się na nim)
- jakiś poeta Michał Rusinek z wierszem na cześć kandydata
- „znane z telewizji twarze”
- bractwo kurkowe
- krakowianki w strojach krakowskich
- orkiestra
- kwiaty od krakowskich kwiaciarek
- figurka lajkonika
- inne prezenty

Co można było usłyszeć z ust kandydata?
- o pięknej historii którą przypominają krakowskie mury
- o tym że wiek XXI może być złotym wiekiem dla Polski
- wezwanie do PiS by się pojednali i „Chodźcie z nami prostą drogą do polskiego sukcesu!”
- ZERO sensownej treści, ŻADNYCH konkretów!

Jednak jest nadzieja :). Całości przysłuchiwało się niecałe 700 osób!
TAK, niecałe 700 osób!, z czego trochę samych działaczy partyjnych i sztabowych z transparentami i plakatami. (liczyłem na zdjęciu z góry – doliczyłem się 630). Większość przechodziła przez Rynek dość obojętnie, nie zwracając na tego pajacyka uwagi. Mam nadzieję, że naprawdę ten pan zaczął już się nudzić – i że wszyscy widzimy, jakie to wszystko jest puste.


Oczywiście – gazety nie pisały o frekwencji na wiecu, a na 8 zdjęć z wiecu w artykule na krakow.gazeta.pl – nie ma żadnego z „tłumem” :). Wersję oficjalną można obejrzeć tutaj: http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,35798,8024398,Komorowski_w_Krakowie_do_PiS_u__chodzcie_z_nami_.html

P: Co to jest dasiu.pl ?
O: To moja prywatna strona internetowa, w głównej mierze – w formie blogu.

P: Po co?
O: Tak po prostu, kto chce – może czytać.

P: Dlaczego dzisiaj otwarta?
O: Bo akurat dzisiaj zachciało mi się coś konkretnego napisać.

P: Czy strona będzie regularnie aktualizowana?
O: Tak.

P: Czy…
O: Więcej odpowiedzi na pewno pojawi się w trakcie.